Opinie

Czy dzieciństwo to sport ekstremalny?

Jeśli boisz się, że Twoje dziecko spadnie ze schodów – ten tekst jest dla Ciebie. Jeśli nie boisz się, że Twoje dziecko spadnie  ze schodów – tym bardziej.

Czasy Przed Naszą Erą

Jeszcze kilka lat temu z lekkim uśmiechem obserwowałem zachowanie ludzi, naznaczonych obecnością w ich życiu małych, przemierzających świat na czworaka, istot. Z rosnącym zdziwieniem przyjmowałem jak można aż tak się zamartwiać. Zabezpieczać rogi, gniazdka i schody… Wszystko po to, aby dziecko nie zrobiło sobie najmniejszej nawet krzywdy. A przecież niebezpieczeństwo zdawało się czaić na każdym kroku. W oczach brata, kuzynów czy sióstr mojej żony widziałem przerażenie, kiedy ich dzieci przewracały się, spadały ze schodka lub uderzały głową o kant stołu.

Myślałem sobie wtedy – dobra, no bez przesady, jeden siniak ich nie zabije, krzesło przecież od razu się nie przewróci, a drewniane schody przecież nie są śmiertelną pułapką.

Apokalipsa?

Ale potem nadszedł ten dzień, który jak grom z jasnego nieba zmienił moje życie. Narodził się nasz syn i momentalnie stałem się Aniołem Stróżem własnego dziecka. To wszystko z czego lekko drwiłem teraz dotknęło mnie – faceta, tak pewnego siebie i swoich przekonań. Wszystko, co do tej pory myślałem o bezpieczeństwie dzieci, odwróciło się o 180 stopni. Na marginesie, podtrzymuje, że dobrze, iż tak się stało, bo z kolei moja żona ma baaaardzo luźne podejście do kwestii bezpieczeństwa. Nie chcę jej podejrzewać o totalny brak empatii, ale wygląda na to, że w tym względzie przejąłem żeńską rolę :). To ja pilnowałem, żeby ledwo chodzący G. nie spadł ze schodów, nie wybił sobie oka patykiem albo nie spadł z krzesła.

Oczywiście nie obyło się bez guzów, otarć, pękniętych warg, siniaków i podbitych oczu – i wiecie co? To dobrze!

Ból nie wilk, od tego nie uciekniesz

Po częstych, nieudanych niestety, próbach zapobiegnięcia nieszczęścia doszedłem do wniosku – to nie ma sensu. Po co chuchać i dmuchać na  dziecko, gdy i tak nie oszukasz przeznaczenia. Nie jesteśmy w stanie być wszędzie, w każdej minucie ich życia zapobiegać katastrofie. Albo raczej “katastrofie”. Bo czy jeden siniak, podbite oko, przecięta warga to naprawdę koniec świata? Nie popadajmy jednak w skrajności, gdyż jeśli puścimy naszego dwulatka samopas bardzo szybko będzie wyglądać tak:

a raczej nikt o tym nie marzy…

W pewnym momencie wreszcie zrozumiałem, że nie mogę być  ojcem-ochroniarzem. Staram się więc ograniczać moją rolę w tym aspekcie do sytuacji naprawdę niebezpiecznych – np. spacer w porcie i czuwanie, żeby czasem syn nie wpadł do wody, schodzenie po bardzo stromych, kamiennych schodach, ruchliwa ulica, odpowiednia odległość od wrzątku itp. Pisałam już trochę o tym we wpisie “Pozwól czasem dziecku upaść na glebę”. Tak po ludzku – szkoda naszych nerwów i szkoda wolności naszych dzieci. Będąc pod kloszem nie nauczą życia.

Szalone lata 90′

Czasy się bardzo zmieniły. Gdy przypominam sobie moje dzieciństwo to włos mi się na głowie jeży. Pamiętam zabawę na trzepakach i cyrkową akrobatykę, która przyprawiała o zawał serca nawet przechodniów. Nie mówiąc już o całym dniu spędzonym na dworze bez komórki. Albo o obrotach na huśtawkach o 360 stopni. Zaś na wątpliwą jakość placów zabaw spuszczam kurtynę milczenia. Nikt wtedy nie myślał o zasadach BHP.

A mimo wszystko – żyjemy! Lepiej lub gorzej, ale żyjemy. Musiałem to powiedzieć już jakiś czas temu do siebie, a teraz mówię do tych, których to dotyczy – dajmy dzieciom żyć. Pozwólmy im się przewrócić, zranić i skaleczyć. A my, rodzice, zluzujmy. W granicach rozsądku dajmy im wolność.

Powrót do przeszłości

Mimo wszystko uważam, że obecne czasy (a przede wszystkim łatwa komunikacja) są bardziej przyjaznym środowiskiem dla bezpiecznego funkcjonowania naszych pociech. Pamiętam jedną naprawdę mrożące krew w żyłach historię z mojego dzieciństwa.

Pewnego dnia rodzice zostawili mnie i mojego starszego brata samych w mieszkaniu. Nie pamiętam ile mieliśmy lat, ale wystarczająco dużo, żeby zostać bez opieki, ale jednak jak się okazało się, za mało, żeby wiedzieć co robić w nagłych wypadkach. Jeśli ktoś ma rodzeństwo (albo dzieci!), to dobrze wie, że bójki, ciągnięcie za włosy, podkładanie nogi i inne walki w klatce, to w pewnym wieku standard. No chyba, że tylko w nas buzowała taka energia. Jeśli chcecie wyobrazić sobie jak wyglądały nasze kłótnie, wystarczy, że włączycie sobie jedną z gal MMA, np. polskie KSW (Konfrontacja Sztuk Walki). Było gorąco.

Pewnego dnia jedna z naszych sprzeczek miała niestety bolesny finał dla mojego brata. W pewnym momencie, kiedy próbując mu uciec, wpadłem do sypialni rodziców, końcówką stopy (a już wtedy miałem ją dosyć długą, więc nie było to trudne) popchnąłem drzwi. Takie typowe dla tamtych czasów, drewniane z wielką szybą na środku. No i stało się. Łukasz nie zorientował się w porę, że drzwi się zamykają i z pełnym impetem wbiegł w tę właśnie szybę… Z jego białego t-shirta w minutę zrobiła się koszulka reprezentacji Polski, a my staliśmy przerażeni i nie wiedzieliśmy co robić. Z łuku brwiowego ciągnął się wartki strumień krwi. Zadzwonić do rodziców nie mogliśmy, bo przecież nie było wtedy jeszcze komórek.

 “Dobra, idziemy do sąsiadki!” – postanowiliśmy.

– Dzień dobry, bawiliśmy się i mieliśmy drobny wypadek, bo nie zauważyłem, że drzwi są zamknięte i wpadłem w szybę – zaczął mój brat – mogłaby Pani mi jakoś pomóc? Może jakiś opatrunek, woda utleniona albo coś w tym stylu?

– Hmm – zaczęła leniwie sąsiadka, nie zdając sobie sprawy z powagi sytuacji, jakby nie widząc, że może jednak warto by ten krwotok zatamować – okej, już wiem! Mam krem NIVEA, możesz sobie posmarować, to na pewno pomoże, zaraz przyniosę…

Byliśmy dziećmi, ale minimalne pojęcie o pierwszej pomocy jednak mieliśmy i w żadnych źródłach nie pisali o kremie Nivea, a tym bardziej, żeby smarować nim rozbity łuk brwiowy. Uznając, że sąsiadka może nam tylko zaszkodzić, po jej idiotycznej propozycji uciekliśmy spod drzwi i wróciliśmy do mieszkania. Trochę improwizując opatrzyliśmy ranę. Chyba skutecznie, bo Łukasz do dziś żyje i ma się dobrze.

 

Czasami dzieciństwo to taki sport ekstremalny. Ale o ile nie każdy skacze z kilku kilometrów ze spadochronem, o tyle każdy dzieciństwo przeżył i wie z czym to się je. Spójrzmy na nasze dzieci i przypomnijmy sobie jak MY spędzaliśmy nasze dzieciństwo. Ostatecznie chyba po prostu musimy dać im żyć i zaakceptować, że mimo naszych starań, bez złamań, guzów i siniaków się nie obędzie.

 

_______________________

Mój ostatni wpis: Moja żona siedzi w domu z dzieckiem i nic nie robi! 

Jeśli jesteś tu pierwszy raz to wpadnij i zostaw lajka na stronie na FBKLIK ! I nie bój się udostępnić!

źródło zdjęcia: https://www.facebook.com/rzeszow8090/

Comments

comments

czytaj również...

1 Comment

  1. Justyna says:

    Ja też bardzo miło wspominam dzieciństwo. Miałam czwórkę młodszego rodzeństwa i wiele pomysłów na szczęście wszyscy żyjemy i mamy się dobrze 🙂 No ale pomoc musiałam opanować dość wcześnie. Synowi też pozwalałam się przewrócić czasami było to koniecznie bo słowa nie wiele pomagały ale też cały i zdrowy obyło się bez ostrego dyżuru 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *