Fundamenty, Gadki tatki

Czy w rodzicielstwie jest miejsce na pasje?

Zabieram się za ten tekst o godz. 22:00 we wtorek. O 20.30 żona wyciągnęła mnie z pokoju synów, bo znowu zasnąłem podczas usypiania Gutka. Dziś nie biegałem, nie wsiadłem na trenażer, ani nie pływałem (“dzięki”, COVID-19!), ale siadam do komputera, żeby odpowiedzieć sobie na tytułowe pytanie. Na pytanie, na które część z rodziców z pewnością odpowie “Chyba sobie żartujesz!”, a druga część “Oczywiście, że tak!”. No bo przecież wszystko zależy od indywidualnej sytuacji rodzinnej każdego z nas. 

PASJA PASJI NIE RÓWNA

Wbrew pozorom to nie jest łatwe pytanie. Bo chyba nie można tak po prostu powiedzieć rodzicom trojga czy pięciorga dzieci – no jak tam, trening był dzisiaj? Podobnie trudno oczekiwać od samotnej matki czy ojca, żeby z łatwością znajdowali czas dla siebie. Pasja jest jednak tak szerokim pojęciem, że może opisywać amatorskie uprawianie triathlonu czy innego sportu, ale i grę na gitarze, szydełkowanie, szachy, auto-detailing czy pochłanianie książek. 

Każdą z tych czynności łączy jedno – potrzeba do tego czasu, w wielu przypadkach dobrej organizacji i dobrej relacji między rodzicami.

Piszę z dość wygodnej pozycji ojca dwóch synów, który ma stabilną, acz mało elastyczną pracę oraz żonę, która nie pracuje na cały etat, dzięki czemu młodszy syn nie musi chodzić do żłobka, a starszy kończy pobyt w przedszkolu o godz. 14:00. Od prawie 5 lat organizacja naszego życia jest siłą rzeczy ustalana pod cykl życia dzieci. I już dawno pogodziłem się z tym (choć w zasadzie to nie było trudne, a bardziej naturalne), że czas na potrzeby pozarodzicielskie, osobiste lub wspólne – małżeńskie, zaczyna się zwykle w momencie, kiedy wszystkie (w naszym przypadku caaałe dwoje) dzieci już śpią. Albo oczywiście jeszcze śpią – rano. 

DA SIĘ?

I patrząc z  perspektywy kilku lat, mam wrażenie, że większą mobilizację i lepszą organizację czasu można wypracować mając na pokładzie nie jednego, ale dwóch potomków. Bo wtedy ten czas, który jest Ci dany chcesz wykorzystać jak najlepiej, wiedząc jak wielkim jest darem… 🙂 

Dla mnie odskocznią, pasją, ambicją i czymś co utrzymuje mnie w równowadze jest obecnie triathlon. Nie jestem nie wiadomo jak wybitnym zawodnikiem z olbrzymim doświadczeniem, ale powiedzmy, że plasuję się zwykle gdzieś w połowie stawki. Jak na czas poświęcony na treningi, osobiście jestem bardziej niż zadowolony. Nie mam ambicji, aby zajmować miejsca na podium, bo wiem, że wiązałoby się to z olbrzymim nakładem czasowym, a przez to skierowaniem życiowych priorytetów bardziej w stronę sportu, a niżeli w stronę rodziny. A tego po prostu nie chcę. Ścigam się sam ze sobą, ze swoimi ostatnimi wynikami i w ten sposób spełniam się w roli amatora tego pięknego sportu. 

Jestem “nocnym markiem”, więc godz. 21 czy 22 to dla mnie idealny czas na bieganie, rower (tu zbawiennym sprzętem jest trenażer) czy pływanie. Staram się jednak tak gospodarować czasem, aby moja pasja nie zaburzała moich relacji z żoną. Tak naprawdę to sami wyczuwamy, kiedy jest odpowiedni moment na to, aby każdy miał czas dla siebie. Jak z wieloma rzeczami w życiu, najważniejsze to złapać balans. Równowagę pomiędzy tym co dla nas ważne i NAJważniejsze. To może takie oklepane zdanie, ale dla mnie w tym wypadku jak najbardziej sensowe. 

RODZIC TEŻ CZŁOWIEK. I PRZYKŁAD.

Jako rodzice nie możemy zapominać, że oprócz tej cudownej roli, w jaką weszliśmy w dniu narodzin naszego dziecka, jesteśmy nadal takimi samymi ludźmi, którzy potrzebują czasem odskoczni od codzienności. Którzy potrzebują, aby spełniać się w innych okolicznościach. W moim przekonaniu to działa w obopólnie. Z zyskiem dla siebie i dla rodziny. Również dla dzieci.  

Z jednej strony angażujemy się w coś, co sprawia, że nie jesteśmy życiowo zamknięci w tematach około rodzicielskich, z drugiej strony dziecko widzi przykład rodzica, który mimo ograniczonych zasobów czasowych, potrafi znaleźć miejsce na swoje zainteresowania. Który nie jest sfrustrowany sytuacją, brakiem czasu, ale który potrafi ten czas docenić i wykorzystać jak najlepiej. 

Dobrze czasem usiąść na kanapie, odetchnąć i nie robić nic. Podejrzewam, że w rodzinach wielodzietnych to często najprzyjemniejsze zajęcie. To wydaje się oczywiste. 😉 Ale jeśli to “NIC”, będzie naszym głównym zajęciem pozarodzicielskim, kiedy na pokładzie mamy jedno czy dwoje dzieci, to czy w jakiś pozytywny sposób wpłynie to na wizerunek rodzica, który dociera do głowy naszych dzieci? 

Trzeba pamiętać, że dziecko widzi więcej niż nam się wydaje. I zapamiętuje więcej obrazów, niż słów. Czy to nie paradoks, że czasem rodzice oczekują od dzieci, żeby trenowały jakiś sport, czytały książki, czynnie rozwijały swoje talenty, kiedy sami nie robią nic takiego, co mówiłoby dzieciom – to jest również w życiu ważne

 

Comments

comments

czytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *