Fundamenty

Gdzie jest miejsce Twojej miłości?

Ktoś mógłby powiedzieć, że mój tygodniowy pobyt w Rwandzie był tylko krótkim epizodem w moim życiu. Jednak jak już kilkukrotnie wspominałem, te kilka dni, zmieniły moją optykę na świat. Od tej chwili w głowie co jakiś czas kołacze mi myśl: “Swoim dzieciom, w pewnym momencie ich życia będę polecał, żeby pojechały kiedyś na misję do Afryki czy Ameryki Południowej, aby zobaczyły jak może wyglądać życie na drugim końcu świata i aby mogły pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują”. To rezonowało w mojej głowie przez długi czas, bo do teraz mam przed oczami obrazy, które tę myśl wywołały. 

NAJPIERW MY, POTEM DZIECI

Jednak kiedy wczoraj obejrzałem vlog ojca Szustaka na kanale YT Langusta na Palmie (video pod wpisem), dotarło do mnie, że moje myślenie może i jest właściwe, przepełnione empatią, ale czy ono wystarczy do tego, żebym mógł oczekiwać od dzieci tego, czego sam nie robię?

I nie chodzi mi to, żebym teraz porzucał na 3 miesiące rodzinę albo brał pod pachę 3-miesięcznego Józka, prawie 4-letniego Gutka oraz żonę i jechał na misję do Afryki. Bo obecnie absolutnie sobie tego nie wyobrażam. Z mojego punktu widzenia to nie jest dla mnie miejsce i czas na takie wyzwania. Ale nie wykluczam takiej możliwości za X lat. Bóg jeden wie, w jakim miejscu w życiu będziemy i jakie decyzje będziemy chcieli podjąć za 15-20 lat. Powtarzając za ojcem Adamem, chcę zważając na to co mam teraz, doceniając spokojne życie, miłość, którą jestem otoczony, zrobić COŚ DLA KOGOŚ. Aby oprócz tej rodzicielskiej misji, jaką poczułem 4 lata temu, znaleźć i wypełnić również szeroko rozumianą misję, która sprawi, że ktoś jeszcze poczuje się, choć przez chwilę lepiej. Poczuje się nieosamotniony, zauważony. 

Mój świat po pracy stale krąży wokół tych samych priorytetów: rodzina, zainteresowania i pasje, relacje z przyjaciółmi, wspólne wyjazdy. I fajnie, bez większych stresów, pielęgnując wartości, które są dla nas ważne idziemy wspólnie przez życie. Wygodnie. Nie gonię za pieniądzem, znam wartość upływającego CZASU. Ale niestety, robiąc sobie teraz rachunek sumienia, trudno mi przyznać, że mogę być WZOREM dla swoich dzieci, jeśli chodzi o pomoc bliźniemu. 

NIE TRZEBA WIELE

A przecież, jak mówi ojciec Adam, nie potrzeba tu nie wiadomo jak wielkich rzeczy, kilkumiesięcznych wyjazdów do krajów “trzeciego świata” czy kilkuset złotych przelewanych na konta fundacji. Każdy ma inną misję w życiu. Przecież pomoc jest potrzebna również tuż za rogiem, w wielu miejscach. W szpitalach, hospicjach, domach dziecka, fundacjach czy stowarzyszeniach. Aż wstyd bierze, że pomyślałem o tym tak późno, bo teraz wydaje mi się to oczywiste, ale przecież jest tyle możliwości aby komuś pomóc, dać swoje serce i chwilę czasu. “Każdy musi znaleźć pole, w którym okazuje miłość.”. Może raz w miesiącu, raz na dwa tygodnie czy raz na tydzień. Wszystko z pewnością zależy od tego, w jakim punkcie życia jesteśmy. 

To paradoksalne, gdyż często my jako ludzie “wykształceni”, “dobrze sytuowani” uważamy, że pomagając “ubogim” tylko my dajemy. Jednak jestem przekonany, że jest to relacja obustronna. A często nawet otrzymujemy więc niż włożyliśmy. Tylko te dary nie są przeliczalne na żadną walutę czy czas. Bo dzięki “nim” zmieniamy się my. Nasze serce. Po zobaczeniu na własne oczy realiów środkowej Afryki, określenie “kraj trzeciego świata” jest dla mnie o tyle kuriozalne, że w pewnym sensie można powiedzieć to samo o Europie, Stanach Zjednoczonych czy innych najbardziej rozwiniętych cywilizacyjnie obszarów świata. Bo o ile warunki, w których żyje się w miejscach najbiedniejszych są dramatycznie różne od tych, w których możemy żyć na co dzień, o tyle świadomość ISTOTY ŻYCIA, więzi rodzinne i wartości, które można tam zaobserwować są na o wiele wyższym poziomie niż ma to miejsce w państwach dobrobytu.

WIN-WIN

Piszę to wszystko, aby zmobilizować również, a może przede wszystkim siebie, bo przecież byłbym hipokrytą, gdybym nie zaczął od swojej osoby. Jestem pewien, że taka pomoc innym jednocześnie wzbogaca dawców tej pomocy, a więc jest to układ wymarzony: WIN-WIN. A przy tym, pragnąc, aby dzieci uczyniły coś, co w naszym mniemaniu jest potrzebne, ważne i wartościowe, będziemy mogli podeprzeć się swoim przykładem, z którego przecież czerpią każdego dnia. To dokładnie tak, jak w bardziej przyziemnej sprawie jaką jest sport. Jak ktoś może oczekiwać od dziecka, aby poszło pobiegać, pokopać w piłkę albo wyjść na rower, kiedy sam nie nie wstaje z kanapy, a aktywność fizyczną ogranicza do ruchu palcem po pilocie?

Uważam, że gdy  sami stajemy się rodzicami, nasze serce otwiera się w wyjątkowy sposób. Jednak paradoksalnie może zdarzyć się i tak, że poza naszą rodziną nic innego nie będzie się dla nas liczyć. I teraz pytanie czy to nie jest jednak w jakimś sensie zamykanie się na drugiego człowieka? Oczywiście dalekie jest mi działanie społecznika, który dobro innych przekłada nad szczęście swojej własnej rodziny, jednak chyba nie chcę zapominać, że poza byciem rodzicem, jestem przede wszystkim człowiekiem. I może dobrze by było, żebym czasem dał coś od siebie. 

 

__________________

wspomniany vlog:

 

I ten,  “Tańcz pośród łez”, również polecam:

Comments

comments

czytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *