Dziennik osobisty

Pianki wolę jeść, czyli jak przeżyć pierwszy triathlon

Nigdy w życiu nie uprawiałem żadnego sportu wyczynowo. Jednak zawsze był on w moim życiu obecny. Piłka nożna, narty, snowboard, tenis stołowy, siłownia itp. Ale muszę przyznać, że triathlon w szczególności ma TO COŚ, co sprawia, że chce się więcej. Może to ten dreszczyk emocji podczas zmiany dyscyplin, ta różnorodność. Może coś innego. Każdy to czuje na swój sposób. Ale chyba finalnie najważniejsze jest to, żeby angażować się regularnie w jakąś aktywność fizyczną. Zmęczyć się fizycznie, regenerując psychicznie. 

Tekst wyróżniony w konkursie organizowanym przez triathlolife.pl.

 

Piątek, 24. maja 2019, Sieraków.

Słońce powoli znika za horyzontem. Stoję na brzegu plaży w wodzie, w rękach trzymając przypominający opakowanie od laptopa karton.  Zdradza je jedynie napis JBL Triathlon Sieraków. To już jutro. Tam jest boja, OK, tam druga, nawrotka, OK i wychodzimy. Będzie dobrze. Tylko po co ta przeklęta górka przykryta wykładziną! Czasy T1 na tej imprezie z 2018 r. mam przestudiowane lepiej niż tabliczkę mnożenia w podstawówce. Zapytasz ile miał Swat? 00:03:54. Ile Tomczak? 00:03:40. Wow.

Z jakiegoś powodu ambitnie zakładam sobie, że jutro nie mogę być tutaj gorszy od Marcina o więcej niż minutę. Robię drugi “odbiór trasy”. Tym razem idę w kierunku strefy zmian, dokładnie tą drogą po której będę biec za 13 godzin. Jeden, drugi, trzeci korzeń – ok, tu trzeba będzie uważać. Z moimi stopami w rozmiarze 50, będzie to dodatkowa trudność, ale bez przesady, w końcu to tylko kilkaset metrów. Z drugiej strony stopa może mi służyć w jeziorze jako naturalna płetwa, więc przestaję narzekać. Wstępnie wiem co, gdzie, jak. Jutro rano upewnię się czy na pewno wszystko jest jasne.

Wieczorem check-lista. Wszystko jest. Rower przygotowany. Ostatni rzut okiem na torbę. Idę spać.

Sobota, 25. maja 2019, Sieraków

Rower zawieszony. Dwie pary butów szczelnie wypełniają pudło. Patrzę na moich sąsiadów. Ukłucie zazdrości. Trek Madone, Canyon Speedmax, Argon 18… Moja przełajowa Sensa się chowa, ale to dopiero debiut. Kiedyś przyjdzie czas na lepszy rower, a na razie zrób chociaż tę 1/8 IM – mówię do siebie.

SWIM

Niestety kraula nie opanowałem w zadowalającym stopniu przez ostatnie 6 miesięcy. Nie spodziewałem się cudów. Nastawiłem się, że skoro na basenie płynę klasykiem w tempie 2:05/100m, to tutaj popłynę pewnie wolniej, a dodatkowo nadrobię trochę metrów. W najgorszym razie zakładam 12 minut. Tragedia, bo Robert Czysz szybciej przepływa 950m, ale przecież nie jestem zawodowcem. To ma być głównie zabawa – powtarzam jak mantrę i chowam dumę do kieszeni.

Pianka pożyczona na nieco ponad miesiąc, na trzy starty. Odebrana w czwartek, więc nie byłem w stanie jej przetestować. Błąd. Wielbłąd. W tym się nie da pływać – krzyczę do przyjaciela, krótko po zanurzeniu w wodzie. Jest 8:40. Do startu 20 minut, a ja czuję się jakby ktoś stanął mi na klatce piersiowej i kazał pływać. Nic, trzeba będzie jakoś przetrwać. 10 minut to startu. Próbuję jeszcze popływać kraulem – jest tak jak przypuszczałem. Zielona otchłań sprawia, że czuję się nieswojo, jakbym miał klaustrofobię. Przestawiam się na żabkę – cholera, dlaczego nie można się bardziej zanurzyć!? Nie przewidziałem, że pianka to totalnie inna bajka. Ale nic. Do boju.

W połowie trasy myślę sobie – trudno, jestem totalnym amatorem, bo właśnie płynę “odkrytą żabką”. Ale byle dopłynąć. Wybiegam z wody, po 100 metrach doganiam przyjaciela, klepię go po plecach i przyspieszam do strefy zmian. Miejsce na rower wymarzone – 3 numery od końca alejki. Biegnę. Wskakuję na rower za belką i teraz ile fabryka dała! A raczej ile nogi dały.

BIKE

Trasę przejechałem dwa razy testowo miesiąc wcześniej. Wiem czego się spodziewać. Najbardziej nie mogę doczekać się spotkania z Górą. I nie chodzi oczywiście o Clegane’a z Gry o Tron, ale o sympatyczne pagórki w miejscowości Góra. Nomen omen. Przejeżdżam je z zaskakującą łatwością i wyprzedzam po drodze sporo zawodników. A potem jeszcze kolejnych i kolejnych. Pocieszam się, że nie jest ze mną tak źle. W szczególności kiedy z lewej strony muskam podmuchem wiatru tych, pędzących, ale jednak trochę wolniej, na rowerach TT wspomnianych wcześniej marek. Rywalizacja jest spoko. Dodaje wiatru w żagle.

RUN Forrest, RUN! 

22,5 km minęło wyjątkowo szybko. Zeskakuję z roweru i biegnę w stronę T2. Odstawiam rower, zrzucam kask i wybiegam w stronę lasu. Ponownie udaje mi się wyjść ze strefy w szybkim tempie. W każdym razie kawy tam nie zaparzałem. Po 3 km myślę już tylko o mecie i raz po raz spoglądam na zegarek. Chyba GPS trochę się gubi w dużych koronach drzew, bo pokazuje dziwne liczby. Trudno. Biegnę swoim tempem. Trasa urozmaicona, nie powiem. Szczególnie te urocze serpentyny pod koniec. Po wybiegnięciu z gąszcza barierek przyspieszam i sprintem wyprzedzam jeszcze kilku zawodników. Widzę już metę, jednym okiem widzę żonę i syna, którzy krzyczą do mnie coś bliżej nieokreślonego.

Podskakuję w euforii i rozpędzony przerywam szarfę. To niby mała rzecz, ten kawałek materiału, ale czuję się jakbym wygrał właśnie zawody.  I w zasadzie wygrałem – ze sobą. Patrzę na zegar i odejmuję sobie szybko w pamięci czas, który spędziłem czekając na swoją kolej do wejścia do jeziora. Yes! Jest lepiej niż się spodziewałem!

 

epilog

Jeśli mogę czerpać przyjemność z pasji, osiągać więcej, a zarazem dawać przykład synowi, jak ważny jest to element w życiu, to nie może być nic lepszego. Łatwo jest czasami rodzicom mówić dzieciom – ruszcie się, pograjcie w piłkę, pobiegajcie, a jednocześnie samemu często nie wstawać z kanapy na krok. A trzeba pamiętać o najważniejszym – dzieci WIDZĄ o wiele więcej niż słyszą. I biorą przykład Z NAS, rodziców.

Czyny, nie słowa!

 

Wynik debiutu 1/8 IM – 01:21:32 

PŁYWANIE  (475m) 00:10:36

T1 00:04:39

ROWER (22,5 km) 00:39:05

T2 00:01:22

BIEG (5,25 km ) 00:25:50

Comments

comments

czytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *