Gadki tatki

Przedszkole – krzywda czy szansa dla dziecka?

Czuję ból w lewej nodze. Jakbym trzymał ją w wielkim imadle i ktoś z każdą sekundą dokręcał korbę. Niestety to nie imadło. Spoglądam w dół i widzę coś dużo gorszego. Dramat na moich oczach. To mój pierworodny, który kurczowo chwycił się ojcowskiej nogi, komunikując z towarzyszącym potokiem łez, że absolutnie nie ma zamiaru wejść do sali, że chce do domu, do mamy, do taty. Oprócz kończyny, pęka mi serce. Biorę go “na apka”. Błąd. Chwyta za kaptur, który podczas próby oderwania rozciąga do rozmiarów kołdry. Z płaczem ląduje w rękach pani przedszkolanki. Zamykają się drzwi. Zza nich słyszę jeszcze przez kilka minut pojękiwanie. Nie wiem po co to samobiczowanie, przecież powinienem już dawno wyjść, żeby tego nie słyszeć. Wychodzę, zaciskam zęby i mówię do siebie: 

– Wojtek, bądź twardy, to tylko przedszkole. Musi się przyzwyczaić, prędzej czy później będzie OK…

– Ale czy na pewno musimy fundować mu taką traumę..? – wtrąca się moje alter ego.  

 

SPRAWA NIE JEST OCZYWISTA

Wrzesień to okres, kiedy wielu rodzicom towarzyszom podobne emocje. W szczególności rodzicom trzylatków, którzy debiutują w przedszkolnym środowisku, które przyniesie Bóg jeden wie co. Z jednej strony często mamy świadomość, że nie ma innego wyjścia, trzeba zacisnąć zęby i po prostu to przeżyć, z drugiej strony myślimy sobie za jakie grzechy moje dziecko musi przeżywać ten dramat rozłąki. Nie musi tak być oczywiście. Przecież niejednokrotnie są dzieci, które wchodzą w nowe środowisko absolutnie bez lęku, wręcz z wielką dozą ekscytacji.

Ale mimo wszystko, z obserwacji mogę stwierdzić, że dla większości nie jest to łatwy moment. Z tego względu zacząłem się zastanawiać nad wadami i zaletami tej instytucji. Bo ja sam mam do niej stosunek absolutnie ambiwalentny. Mimo to, mój syn zaczął właśnie swój etap w publicznej jednostce i póki co codziennie ok. 8.15 testuje wytrzymałość rodzicielskiego serca.

Przyjrzałem się sprawie odkładając na bok sytuację zawodowo-materialną, kiedy siłą rzeczy dziecko “skazane” jest na  przedszkole, ponieważ rodzice muszą pójść do pracy na pełne etaty.

“ZOSTAŃMY RAZEM, JA I TYYY…!”

Nie da się ukryć, że naturalnym środowiskiem dla trzylatka nie jest pożółkły dywan sali w przedszkolu nr X, pamiętające czasy świetności Zbigniewa Bońka i chmara dzieci, które bezceremonialnie naruszają jego strefę komfortu. Uważam, że najbardziej przyjaznym środowiskiem w tym wieku jest ciepło rodzinnego domu, w którym można bezpiecznie w towarzystwie mamy lub taty spędzać cudowny, urozmaicony czas. Nie zaburzany żadnymi niepożądanymi emocjami. Chodź i tych przecież czasem nie brakuje.

Dodatkowo, co istotne dla rozwoju, dziecko, które zostaje w domu nie musi wchodzić w żaden sztywny system, w ustalaniu którego ktoś zapomniał o ważnej kwestii jakim jest czynnik ludzki. Szczególnie w tak młodym wieku. Leżakowanie i przebieranie w pidżamę o 11, kiedy dziecko wstało z łóżka 3 godziny wcześniej? No wybaczcie, nie dziwię się, że mój syn jest w tej kwestii  bardzo asertywny. Zdaję sobie sprawę, że może to służyć innym dzieciom, które są w przedszkolu od wczesnych godzinnych rannych, ale takie trzymanie się sztywno planu wrzucając wszystkich do jednego worka? Hm, wątpliwe.

Kolejna kwestia, to środowisko. Jeśli zostajesz z dzieckiem w domu, to Ty wybierasz z kim się spotykacie, z kim się bawi, zwykle w sposób naturalny nie dopuszczając zbyt często do sytuacji konfliktowych lub niekomfortowych dla Ciebie czy dziecka. Strefa komfortu nie jest zaburzana, a jeśli jest, to można szybko interweniować i wrócić z powrotem do całkowitego poczucia bezpieczeństwa.

Ponadto czy tak małe dziecko naprawdę potrzebuje mierzyć się z “prawdziwym” życiem? To pytanie pozostawiam otwarte.

ALE MOŻE JEDNAK WARTO? 

Sprawa przedszkola nie jest jednak jednoznaczna. Przecież nasze dziecko musi kiedyś wejść w interakcje, które mogą zaburzyć jego spokojne życie. Kiedy jest ten najlepszy moment, aby zmierzyć się z pierwszymi przeciwnościami i niełatwymi sytuacjami. Życie nie jest tylko usłane różami, a ludzie nie zawsze będą dla nas mili, przyjaźnie nastawieni i bezkonfliktowi.

Żyjemy w społeczeństwie, które wymaga od nas podporządkowania schematom, które nie zawsze nam odpowiadają. Przecież tak jest również teraz, kiedy jesteśmy dorośli i musimy nauczyć się pewnych reguł, które panują w naszej pracy czy grupach, których jesteśmy członkami. Czy czasem nie jest tak, że im później czegoś doświadczamy, tym trudniej jest przyzwyczaić się no nowej sytuacji. Jak poradzi sobie 7 latek w szkole, który ma za sobą jedynie rok obowiązkowego przygotowania przedszkolnego? A może szkoła to też zły wynalazek i pozostaje nam edukacja domowa? Cóż chyba sam bałbym się iść taką drogą.

Środowisko, w którym debiutujący przedszkolak musi się zasymilować, czasem może okazać się krokiem milowym w rozwoju jego osobowości. Zmuszony do współdziałania z przypadkowymi dziećmi będzie poznawał własne umiejętności budowania relacji z innymi. W jaki sposób miałby rozwijać je “chowając się” niczym pod kloszem, w cieplarnianych warunkach w domu?

Tak, twórczy rodzic jest w stanie zorganizować takie aktywności, które stworzą warunki do odpowiedniego kształtowania charakteru, ale chyba nic nie zastąpi żywych, spontanicznych reakcji, z którymi siłą rzeczy dziecko będzie doświadczać w przedszkolu.

TO JAK W KOŃCU?

W naszym przypadku przedszkola nie traktujemy jako instytucji, która ma w jakiś szczególny sposób kształtować naszego syna. Przebywa tam stosunkowo krótko, ponieważ o 13:00 wraca już do domu. Spędzając tam kilka godzin, jestem jednak pewien, że będzie w stanie nauczyć się współpracy z innymi, nawiązać znajomości, przyjaźnie czy czasami zmierzyć się z trudną dla niego sytuacją.

Jednocześnie, co dla nas ważne, przedszkole nie stanowi dla niego głównego tematu dnia, zajmującego 9-10 godzin, jak przecież często bywa. Zdaję sobie sprawę, że to niesamowicie komfortowa sytuacja, kiedy żona pracuje na pół etatu i drugą część dnia zamiast w pracy może spędzić z synem. W naszej osobistej hierarchii wartości wychowanie jest jednak czymś, czemu chcielibyśmy poświęcić tak dużo czasu jak tylko możemy. A skoro mam taką możliwość, to po prostu z niej korzystamy.

Przedszkolu nie mówię NIE, ale czy jestem do niego całkowicie przekonany? Zdecydowanie nie. Jednak jako rodzice z żoną kierujemy się jedną naczelną zasadą – chcemy przygotować naszego syna do funkcjonowania w takim świecie jakim on jest. Nie utopijnym i wymarzonym, lecz tym prawdziwym. Takim, w którym trzeba się czasem podporządkować, czasem zagryźć zęby. Potrafić żyć w systemie, który nie został wymyślony przez nas.

Nie wiem kim będzie mój syn, jakich decyzji w życiu dokona. Może będzie mieszkać  w wielomilionowym mieście i pracować w gigantycznej korporacji, a może wybierze życie w drewnianej chałupce pośrodku lasu? Jedyne czego naprawdę pragnę, to żeby za kilkanaście lat mógł stwierdzić  “Tak wybieram, bo tak chcę,  a nie dlatego, gdyż inaczej nie potrafię“.

 

______________________________________________

Jeśli jesteś tu pierwszy raz to wpadnij i zostaw lajka również na stronie na FB – KLIK !
Zapraszam do ostatnich wpisów

PAPIEROSY, CZYLI JAK POWOLUTKU ZABIĆ WŁASNE DZIECI

SAMOTNE RODZICIELSTWO, czyli rodzicielstwo LEVEL HARD

Rodzicu, TO minie! Czyli nadzieja dla młodych adeptów rodzicielstwa

 DLACZEGO PRAWDZIWY FACET NIE POWINIEN POMAGAĆ KOBIECIE PRZY DZIECKU?

MATKA – CZŁOWIEK Z ŻELAZA

ŻYCIE PRZED DZIECKIEM. 5 RZECZY ZA KTÓRYMI TĘSKNIĘ

 6 ZDAŃ, KTÓRE WARTO MÓWIĆ DZIECIOM

z ojcowskim pozdrowieniem!

Comments

comments

czytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *