Fundamenty

Wielodzietność (nie) dla każdego?

Ktoś może uznać, że chyba jestem ostatnią osobą, która powinna wypowiadać się na temat wielodzietności. Sam przecież mam jedynie jednego brata, a obecnie jestem ojcem jedynaka (reszta gromadki w planach i marzeniach). Ale może właśnie z tego powodu warto napisać, jak to wygląda z mojej strony. Z perspektywy obserwatora, który jeszcze 10 lat temu na rodziców z czwórką dzieci spoglądał ze zdziwieniem (“jak oni sobie dają radę?”), a który miłością do rodzin wielodzietnych załapał dopiero kilka lat temu. 

Aż czworo, czy tylko czworo?

Wg polskiego prawa wielodzietność zaczyna się od trójki dzieci. Ale myślę, że każdy z nas ma swoją indywidualną skalę. Bo przecież dla ojca jedynaka, który nie chce mieć więcej pieluch w domu, trójka dzieci może stanowić dużą rodzinę. Ale co o takiej liczbie myśli na przykład dziecko, które posiada siedmioro rodzeństwa..?

Bez większego namysłu mogę wymienić przynajmniej 10 rodzin z mojego otoczenia, które posiadają potomstwo liczące min. 4 dzieci, w dwóch przypadkach jest ich nawet ósemka. Czyli licząc rodziców, brakuje tylko jednego na bramkę i można by skompletować drużynę piłkarską 🙂 Moja żona wychowała się z czwórką rodzeństwa i chyba z racji tego, że z nimi przebywam najczęściej, są oni powodem mojego obecnego spojrzenia na sprawę.

Nie dla wszystkich

Modelowy przykład rodziny?  2+2, najlepiej “parka” przy różnicy wieku 2-4 lata. Szast prast, dzieci rosną, rodzice z każdym rokiem mają co raz więcej czasu dla siebie. A jednocześnie mogą poświęcić swoją uwagę, zagwarantować dobry start i życie na “odpowiednim poziomie”. Nie krytykuję. Każdy ma swoją drogę. Nie każdy jest przecież powołany do życia w rodzinie wielodzietnej. Tak, traktowałbym to jako powołanie, a nie ścieżkę, którą może kroczyć każdy, bo nie wszyscy są do tego stworzeni. Ktoś może nie mieć siły, bo późno “zaczął rodzić dzieci”. Ktoś inny może nie mieć cierpliwości. Niektóre kobiety fatalnie znoszą ciąże, a poród to wielka trauma. Czasem bywa tak, że to jedno z małżonków jest stoperem. To wszystko ludzkie cechy. Ja nie jestem stworzony do przedmiotów ścisłych, bo matematykę w liceum zaliczyłem z trudem. Rzekłbym nawet, miałem farta. Dlatego nie pchałem się na Politechnikę, bo pożytku by ze mnie nie mieli. Może ewentualnie tylko trochę śmiechu.

Pełna chata

Jako facet wychowany właśnie w rodzinie 2+2, stosunkowo niedawno, bo dopiero kilka lat temu, zacząłem stopniowo doceniać, a potem zachwycać się nad ideą wielodzietności. Wszystkie takie rodziny, które spotkałem miały wspólne fundamenty: miłość, uśmiech, hałas, bałagan, kłótnie. Czyli cechy dotyczące każdej rodziny niezależnie od liczby dzieci. Tylko, że w przypadku czwórki i więcej maluchów wszystko mnoży się odpowiednio do ilości domowników.

Wyobraź sobie Twój bałagan… razy cztery. Albo hałas razy pięć. Dla równowagi otrzymasz jednak pięć razy więcej uśmiechu i miłości! Ponad tym wszystkim jest coś, co bardzo trudno nazwać, ale można to usłyszeć. TEN dźwięk. Specyficzny odgłos, który od razu wskazuje, że w tym domu istnieje wyraźna przewaga liczebna dzieci. Rodzice są w mniejszości, jednak wbrew pozorom nie stoją na straconej pozycji. Myślę, że TEN dźwięk, odgłos śmiechu połączonego z płaczem, krzykiem i radością jest nie do podrobienia. I niektórych, wierzę, może przerazić. Na innych może zadziałać jak prośba do tańca. Może dziesięć lat temu bym odmówił. Dziś mówię: “Zatańcz ze mną jeszcze raz”.

Zakochany bez pamięci

Mam w głowie wiele różnorodnych wspomnień związanych z rodzinami wielodzietnymi. Jest jednak jeden obrazek, który zapamiętałem wyjątkowo mocno. To scena, kiedy w domu rodzinnym żony przebywała siostra mojej, po staropolsku, szurzyny (wytłumaczenie: link) z rodziną. Wtedy jeszcze jeździli z czwórką przeuroczych dziewczynek. Dziś jeżdżą już małym busem, bo jak widać celują w żeńską drużynę siatkarską i córek jest już pięć. Ale do brzegu.

Późny wieczór, w pewnym momencie słyszymy stukot zbiegających po schodach koni.  Ale jednak nie, słuch zawodzi, to dzieci. W mgnieniu oka ojciec tejże rodziny,  zostaje “zaatakowany” przez czwórkę blondwłosych istot. Jedna wiesza się na szyi, druga na ręce, trzecia zajęła kolano, czwarta najchętniej weszłaby na głowę. W pokoju wybrzmiewają okrzyki: “Tatusiu, Tatusiu! Chodź z nami! Chodź się z nami pomodlić! Tatusiu!”. Mówiły to wszystko silnie obejmując i całując jednocześnie ojca. A on? Po prostu wziął oddech, pokornie wstał i niczym Mariusz Pudzianowski rozpoczął “spacer drwala” objuczony nie sztangami, a swoimi kilkuletnimi córkami.

Może to prosta historia, ale widząc tę scenę jeszcze bardziej utwierdziłem się w przekonaniu, że właśnie w tym jest droga. W dużej, pełnej miłości rodzinie. W której jest dużo problemów, dużo uśmiechów, dużo radości i niesamowita ilość szczęścia. I chyba w to właśnie warto zainwestować długoterminowo. Myślę, że to najlepsza dostępna lokata na rynku.

_______________

Jeśli jesteś tu pierwszy raz, zapraszam również na Facebooka – KLIK , gdzie znajdziesz dużą dawkę ojcowskiego humoru! 🙂 

Comments

comments

czytaj również...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *